O tym, jak spontaniczne rysowanie zamieniło się w lęk przed oceną, a malarstwo po latach stało się dla mnie drogą powrotu do siebie.
Kiedy mamy trzy lata, nie zastanawiamy się, czy umiemy rysować. Bierzemy kredkę i zostawiamy ślad. Nie pytamy, czy wybrany kolor pasuje, czy proporcje są właściwe, czy ktoś to zrozumie i czy można to pokazać. Po prostu tworzymy.
Moja droga ze sztuką zaczęła się chyba tak, jak zaczyna się u wielu z nas – od kartek papieru, kredek i spontanicznego mazania. Od momentu, w którym nie wiedziałam jeszcze, że można stworzyć coś źle.
KIEDY POJAWIŁO SIĘ PORÓWNYWANIE
Później przyszło przedszkole. Wspólne zadania, ten sam temat, określony czas. Socjalizacja, która jest przecież potrzebną częścią rozwoju dziecka, ale bardzo wcześnie zaczyna również uczyć nas patrzenia na siebie oczami innych.
Zaczęłam porównywać swoje rysunki z pracami koleżanek i kolegów. Czasami było to niesamowicie inspirujące. Patrzyłam, jak ktoś coś narysował, i chciałam spróbować podobnie. Stawałam się dokładniejsza, bardziej uważna, uczyłam się. Ale gdzieś pomiędzy inspiracją a porównywaniem zaczęła pojawiać się również ocena. I pierwsze pytanie: czy to, co robię, jest wystarczająco dobre?
Jeden rysunek z tamtego czasu pamiętam do dziś. Namalowałam domek i drzewo na horyzoncie. Drzewo łączyło ziemię z niebem. Pokazałam rysunek mojemu starszemu o dwa lata bratu, który był wtedy dla mnie ogromnym autorytetem. Spojrzał i powiedział: „No, wreszcie namalowałaś coś dobrze.”
Dzisiaj słyszę w tym zdaniu również ocenę. Ale jako mała dziewczynka poczułam przede wszystkim ogromną dumę. Ktoś, na kim bardzo mi zależało, zobaczył coś, co stworzyłam, i uznał, że jest dobre. Może właśnie dlatego pamiętam ten obraz do dziś.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak szybko radość tworzenia może połączyć się z potrzebą aprobaty.
KIEDY TWORZENIE STAŁO SIĘ ZADANIEM
W szkole oceniane było już prawie wszystko. Także sztuka. Spontaniczne tworzenie coraz częściej zamieniało się w odrabianie zadania. Temat był określony, efekt oglądany, porównywany i oceniany. Z jednej strony te ramy rozwijały moje możliwości. Uczyłam się szukać rozwiązań, pracować nad warsztatem i myśleć twórczo w ramach konkretnego zadania. Z drugiej strony coraz mniej zaglądałam do środka.
Pytanie „co chcę stworzyć?” powoli zaczęło ustępować miejsca innemu: „co wolno mi stworzyć i co powiedzą o tym inni?”
Pamiętam jeden z portretów, które zaczęłam wtedy rysować. Młody mężczyzna ze zgoloną głową, z kolczykiem w kształcie krzyża w uchu. Moja bardzo religijna babcia spojrzała na niego i powiedziała mniej więcej: „Ładny rysunek, ale ten krzyżyk w uchu jest nie na miejscu”.
Drobne zdanie, a jednak zostało ze mną. Bo gdzieś wtedy zaczęło pojawiać się jeszcze jedno pytanie: czy mam prawo przedstawiać świat takim, jakim go widzę? Co wolno pokazać? Co jest właściwe? Co mieści się w kulturze, religii i zasadach świata, w którym dorastamy?
NIE BYŁAM ,,DOBRĄ UCZENNICĄ”
Nie potrafiłam odnaleźć się w systemie edukacji. Problemy z koncentracją zaczęły być coraz większe już w szkole podstawowej. Z czasem wykształciłam w sobie coraz więcej zachowań unikowych, a w liceum opuszczanie szkoły stało się niemal normalnością.
Dzisiaj potrafię spojrzeć na tamtą dziewczynę zupełnie inaczej. Wtedy słyszałam przede wszystkim, że jestem leniwa, że się nie staram, że powinnam po prostu „wziąć się w garść”. Nie mówiło się o trudnościach z koncentracją, przeciążeniu czy lęku szkolnym tak, jak mówi się o nich dzisiaj. Były za to etykiety. A jeśli dostaje się ich wystarczająco dużo, bardzo łatwo zacząć wierzyć, że opisują prawdę o nas.
Kiedy przyszedł czas wyboru studiów, żartowałam, że patrząc na moje oceny mam właściwie dwie możliwości: AWF albo ASP, bo właśnie z wychowania fizycznego i plastyki wyniki potwierdzały, że coś potrafię. Moi rodzice wsparli moje zainteresowanie sztuką.
Zaczęłam przygotowywać się do egzaminów na ASP u Thelemacha Pilitsidisa, greckiego artysty mieszkającego w Głogowie. Potem pojawiły się przygotowania we Wrocławiu. Samo przebywanie na Akademii było dla mnie czymś niezwykłym, jakbym już na chwilę weszła do świata, do którego tak bardzo chciałam należeć. Tyle że samo pragnienie nie wystarczyło. Nie dostałam się.
„GDYBYM BYŁA ARTYSTKĄ, NIE ZDAWAŁABYM NA ASP”
Poszłam do studium, traktując je jako kolejny krok w stronę Akademii. Rok później spróbowałam ponownie. Podczas egzaminu jeden z profesorów, oglądając moją teczkę, powiedział coś w rodzaju: „Skoro już uczysz się w studium, to jesteś artystką”.
Bardzo mnie to zabolało. Byłam młoda, zbuntowana i odpowiedziałam: „Gdybym była artystką, nie zdawałabym na ASP.” Moja teczka nie została przyjęta.
Byłam już wtedy samodzielnie utrzymującą się młodą kobietą, ale nie chciałam odpuścić. Zaczęłam pracować nad malarstwem i rysunkiem z Agnieszką Prusak. Przez kolejne dwa lata przygotowywałam się do następnej próby.
I w końcu wydarzyło się coś, co pamiętam do dziś. Profesor, który wcześniej odrzucił moją teczkę, spojrzał na moje prace i zapytał: „Dlaczego ty jeszcze nie studiujesz na Akademii? Malujesz jak na piątym roku.”

W oczekiwaniu na zajęcie miejsca
2006 – akryl na płótnie, 110 × 150 cm
Tym profesorem był Aleksander Dymitrowicz. Później stał się jednym z najważniejszych nauczycieli na mojej drodze. Najpierw uczył mnie pokory, później bardzo mnie wspierał. Kiedy zobaczył moje fotografie z Kuby, zachęcił mnie również do rozpoczęcia drugiego kierunku – Fotografii i Multimediów na Wydziale Sztuki Mediów.
Ostatecznie ukończyłam w tym samym roku studia magisterskie z malarstwa na wydziale Malarstwa i Rzeźby oraz licencjat z Fotografii i Multimediów na Wydziale Sztuki Mediów. Ale największa lekcja Akademii wcale nie dotyczyła techniki.
KIEDY OBRAZY PRZESTAŁY BYĆ TYLKO OBRAZAMI
Ostatnie lata studiów przypadły na jeden z najtrudniejszych okresów mojego życia. Przeżywałam załamanie psychiczne i byłam w bardzo burzliwej relacji. Studia były wtedy jedną z niewielu rzeczy, które trzymały mnie przy życiu, choć jednocześnie same były ogromnym wyzwaniem. Przygotowywałam dwa dyplomy jednocześnie i miałam momenty, w których zwyczajnie nie wiedziałam, czy dam radę dojść do końca.
Miałam już przygotowane prace dyplomowe. Część z nich została zniszczona. Zostałam z lękiem, blokadą i świadomością, że muszę zacząć od początku. Przez długi czas właściwie nie potrafiłam malować. Bałam się, że się nie obronię.
I wtedy profesor Dymitrowicz powiedział mi coś w swoim charakterystycznym, bezpośrednim stylu: że jeśli przyniosę mu na przegląd takie badziewie, to nie dopuści mnie do dyplomu. Brutalne? Tak. Ale znałam go już na tyle dobrze, żeby usłyszeć w tym coś więcej: stać cię na coś prawdziwszego.
Dzisiaj widzę, że wcześniejsze obrazy mogły być poprawne, ale nie były jeszcze naprawdę połączone ze mną. Dopiero kiedy skończyły mi się pomysły, kontrola i możliwość wymyślenia „dobrego obrazu”, zaczęłam malować z miejsca, którego sama jeszcze nie rozumiałam. Z głębi. I właśnie wtedy sztuka zaczęła pełnić dla mnie funkcję autoarteterapii, choć jeszcze długo nie nazywałam jej w ten sposób.

Niewidziana
2011 – akryl na płótnie, 110 × 160 cm
Po bardzo trudnych miesiącach przyszedł w końcu moment obrony. Miałam już za sobą magisterium i wróciłam na Akademię, żeby dokończyć instalację swojej wystawy. Kiedy weszłam do sali, zobaczyłam Dymitrowicza siedzącego naprzeciwko moich obrazów. Sam. W ciszy. Patrzył na nie w skupieniu.
To, co wtedy do mnie powiedział, zostawię dla siebie. Są słowa, które nie muszą zostać opublikowane, żeby mieć ogromną wagę. Zostały w moim sercu do dziś i nadal bardzo mnie wzruszają.
Myślę, że właśnie wtedy najmocniej zrozumiałam, że jego surowość nigdy nie dotyczyła tego, żebym malowała ładniej, poprawniej czy bardziej akademicko. Chodziło o to, żebym przestała chować się za tym, co już umiem, i odważyła się sięgnąć do miejsca, które naprawdę było moje.
Co najciekawsze, wiele lat później, kiedy zaczęłam ponownie opisywać te obrazy do portfolio, one jakby ożyły. Zobaczyłam w nich rzeczy, których w czasie ich powstawania nie potrafiłam jeszcze nazwać. Jakby ciało i nieświadomość wiedziały wcześniej coś, czego moja głowa jeszcze nie była gotowa zobaczyć.
Czasami tworzenie wie wcześniej niż my.
DZISIAJ MALUJĘ INACZEJ
Wiele lat później wróciłam do obrazu z krzesłem. Obróciłam płótno z pionu do poziomu i zaczęłam pracować na nim ponownie. To, co kiedyś było dla mnie obrazem oczekiwania na zajęcie miejsca, zmieniło perspektywę. Dosłownie i symbolicznie. Pionowa, bardziej zamknięta kompozycja otworzyła się na boki, jakby razem z obrotem płótna pojawiło się więcej przestrzeni i oddechu.
Tak powstała Przyjemność. Obraz o otwieraniu horyzontu – zewnętrznego i wewnętrznego. O przestrzeni, która zaczyna oddychać, kiedy pozwalamy sobie spojrzeć inaczej.

Przyjemność
2006–2025 · technika mieszana na płótnie · 150 × 110 cm
Dzisiaj widzę w tej przemianie coś bardzo bliskiego mojej własnej drodze. Kiedyś czekałam, aż ktoś pozwoli mi zająć miejsce. Aż ktoś potwierdzi, że jestem wystarczająco dobra, żeby studiować, malować, pokazywać swoje obrazy i nazywać siebie artystką. Dzisiaj coraz częściej sama tworzę sobie tę przestrzeń.
Zmienił się też mój sposób malowania. To, co przez lata bywało zadaniem, obowiązkiem albo drogą do osiągnięcia konkretnego celu, zaczęło znowu stawać się eksperymentem. Jakbym po wielu latach wróciła do tamtej małej dziewczynki z kredkami, która jeszcze nie wiedziała, że można coś stworzyć źle.
Znów pozwalam sobie bawić się kolorem. Mieszam farby, kredki, pastele i kolejne warstwy, nie zawsze wiedząc, dokąd mnie zaprowadzą. Łączę materiały, ślady i gesty. Szukam lekkości odcieni i przestrzeni, która nie jest już zamknięta w oczekiwaniu na ocenę, ale może rozszerzać się razem z oddechem.
Kiedy staję przed płótnem, próbuję odłożyć wszystko to, czego nauczyłam się o ocenianiu obrazu. Nie chodzi o odrzucenie warsztatu. Warsztat pozostał w moich dłoniach, oczach i ciele. Odkładam raczej ten głos, który pyta: czy to jest dobre? Czy to jest ładne? Czy ktoś to zrozumie? Co powiedzą ludzie? Czy wolno mi to pokazać?
Coraz mniej interesuje mnie stworzenie obrazu, który ma spełnić czyjeś oczekiwania. Interesuje mnie sam moment tworzenia. Łączę malarstwo, oddech i ruch. Płótno staje się partnerem w tańcu, kolor uczuciem, a gest zapisem tego, co wydarza się w ciele. Oddycham, poruszam się, nakładam kolejne warstwy i pozwalam, żeby obraz prowadził mnie tam, gdzie nie zawsze potrafiłabym dojść przez analizę. Głębiej do siebie. Do miejsca, w którym ciało i to, co nazywam duszą, zaczynają prowadzić ze sobą dialog.
To, co pojawia się na płótnie, jest dla mnie czasami rodzajem odrodzenia tego, co przez lata pozostawało schowane pod kolejnymi warstwami tworzonymi po to, żeby przynależeć, dopasować się, zostać zaakceptowaną, przetrwać. Poprzez malarstwo i oddech zdejmuję kolejne maski. Nie dlatego, że były złe. Kiedyś mnie chroniły. Ale nie wszystkie są mi już potrzebne.
Może dlatego tak porusza mnie dziś historia tamtego krzesła. Najpierw było częścią martwej natury, którą malowałam, przygotowując się do egzaminu i próbując zdobyć swoje miejsce na Akademii. Po latach obróciłam płótno, poszerzyłam jego przestrzeń i pozwoliłam, żeby powstał z niego zupełnie nowy obraz. Jakby wraz z nim zmieniła się również moja perspektywa.
Nie czekam już przy krześle. Siadam.
I może właśnie dlatego wracam dziś do tych wszystkich obrazów. Widzę w nich nie tylko kolejne etapy własnej drogi, ale też ślady tego, jak łatwo można oddalić się od spontaniczności, która kiedyś była naturalną częścią tworzenia, czucia i wyrażania siebie. I że powrót jest możliwy – nie do dawnej wersji siebie, ale do siebie z całym doświadczeniem, które niesiemy.
Być może jest w Twoim życiu coś, co kiedyś przychodziło Ci bez zastanowienia, a później pojawiło się pytanie, czy robisz to wystarczająco dobrze. Może warto czasem wrócić właśnie tam i sprawdzić, co wydarzy się, kiedy na chwilę przestaniesz czekać na ocenę, pozwolenie albo właściwy moment.
Cieszę się, że tu jesteś i że czytasz. Dziękuję Ci za czas, który spędzasz z moimi słowami i historiami.
Jeśli chcesz zostać na dłużej i czytać kolejne teksty o sztuce, oddechu, ciele i powrocie do siebie, możesz zasubskrybować blog.
