
POŁĄCZONE
Oddycham, aby połączyć się z kreacją.
Kreuję, by oddychać.
POŁĄCZONE bada przestrzeń, w której spotykają się oddech, ciało i kreacja.
Dla mnie malarstwo nie jest oddzielone od ciała. Wyłania się z ruchu, odczuwania, rytmu i oddechu — z momentu, w którym przestaję próbować zrozumieć i pozwalam sobie doświadczać.
Poprzez tworzenie wracam do siebie. A im głębiej wchodzę w siebie, tym wyraźniej doświadczam, że nie jestem oddzielona od tego, co mnie otacza.
ZANIM POTRAFIŁAM TO NAZWAĆ
Na długo zanim zetknęłam się z pracą z oddechem, moje obrazy zadawały już pytania, których nie potrafiłam jeszcze nazwać.
Badałam tożsamość, ciało, to, co widoczne, i to, co pozostaje ukryte – często poprzez autoportret.

NIEWIDZIANA
2011 · Akryl na płótnie · 160 × 100 cm
Autoportret powstały na początku mojej artystycznej drogi.
Autoportret stał się powracającym sposobem spotykania siebie na różnych etapach mojego życia.

ZAWIESZENIE
2011 · Akryl na płótnie · 160 × 100 cm
Autoportret powstały w momencie przejścia.
Zaczynał wyłaniać się intuicyjny sposób malowania, podczas gdy część mnie wciąż trzymała się tego, co znajome. Ciało pozostawało obecne, ale wewnętrzny świat zdawał się zawieszony gdzieś pomiędzy tym, co znane, a tym, co dopiero miało się wyłonić.

POŁĄCZENIE
2012 · Akryl na płótnie · 100 × 70 cm
Na długo zanim potrafiłam to nazwać, badałam już połączenie zarówno jako wspólne doświadczenie, jak i wewnętrzną praktykę.
Obraz sugeruje, że każda autentyczna relacja zaczyna się od gotowości do spotkania z samą sobą.
KIEDY ODZYSKAŁAM SWÓJ ODDECH
Przez lata oddech był po prostu czymś, co robiło moje ciało.
Potem stał się drogą powrotną do siebie.

MOJA DROGA
2022–2025 · Technika mieszana na płótnie · 110 × 80 cm
Moja Droga wyłoniła się z wcześniejszego obrazu, Wewnętrzne Sanktuarium, stworzonego podczas destrukcyjnej relacji, w czasie, gdy zaczynałam dostrzegać, jak wiele z siebie – z poczucia własnej wartości i kobiecości – traciłam
Malarstwo stało się sposobem, by przeciwstawić się temu znikaniu – przestrzenią, w której mogłam pozostać obecna dla samej siebie.
W centrum Wewnętrznego Sanktuarium znajdowała się perła – symboliczna łechtaczka, związana z seksualnością, kobiecością i zdolnością do odczuwania przyjemności. Kiedy po latach wróciłam do płótna, zdecydowałam, że pozostanie.
Tym razem jednak proces zaprowadził mnie jeszcze dalej wstecz – do dziewczynki, którą byłam w szkole i która pod wpływem strachu nauczyła się stawać niewidzialna.
Oddychałam. Poruszałam się i tańczyłam przed płótnem. Rysowałam pastelami jak na różowej szkolnej tablicy kolorową kredą. To, co kiedyś zostało ukształtowane przez strach, stopniowo stawało się przestrzenią gestu, zabawy, koloru i wyobraźni.
Perła pozostała, ale jej znaczenie się poszerzyło. Przyjemność nie była już związana wyłącznie z seksualnością. Stała się przyjemnością ruchu, zabawy i tworzenia.
Kobieta nie zastąpiła dziewczynki. Obie mogły pozostać obecne.
To samo płótno pomieściło dwa odrodzenia: odzyskanie kobiecości i powrót dziewczynki, która nauczyła się znikać na długo wcześniej.
Jedno płótno. Dwa powroty do siebie. Dwa odrodzenia.
Moja Droga stała się czymś więcej niż transformacją wcześniejszego obrazu. Stała się aktem odzyskiwania kobiecości, przyjemności, zabawy i wolności tworzenia.
Droga powrotna do siebie – a poprzez siebie, z powrotem do świata.

TRAJEKTORIA ŚWIATŁA
2022–2025 · Technika mieszana na płótnie · 180 × 110 cm
Trajektoria Światła zaczęła powstawać, zanim świadomie powróciłam do oddechu.
W tamtym czasie dużą część mojego życia spędzałam w drodze. Pracowałam jako taksówkarka i jeździłam samochodem dostawczym, często łącząc kilka prac, żeby utrzymać się w okresie finansowej niepewności. Byłam nieustannie w ruchu, pracując dla innych, a jednocześnie po cichu obserwując zmianę, która dokonywała się we mnie.
Pomimo trudności tamtych lat odzyskiwałam poczucie sprawczości – poczucie, że znów mogę wybierać kierunek własnego życia.
Pewnego ranka, jadąc o wschodzie słońca, doświadczyłam niespodziewanego i głębokiego poczucia połączenia ze światem wokół mnie. Nic w mojej sytuacji nagle się nie zmieniło, a jednak przez chwilę granica między mną a tym, co mnie otaczało, zdawała się łagodnie zanikać.
Czułam, jakby prowadziło mnie światło.
Niedługo później zdecydowałam się rozpocząć szkołę pracy z oddechem. Nie mogłam wtedy wiedzieć, dokąd zaprowadzi mnie ta decyzja.
Oddech stopniowo stawał się czymś więcej niż praktyką. Zmienił sposób, w jaki spotykałam się ze sobą, a z czasem również sposób, w jaki mogłam być obecna przy drugim człowieku. Później życie zaprowadziło mnie do pracy opiekuńczej i asystowania podczas sesji oddechowych – różnych form bycia przy innych, podczas gdy sama kontynuowałam swoją podróż w głąb siebie.
I gdzieś na tej trajektorii oddech zaprowadził mnie z powrotem do malarstwa.
Sam obraz ewoluował przez kilka lat. Zamiast wymazywać to, co istniało wcześniej, pozwalałam wcześniejszym warstwom pozostać i stać się częścią tego, co pojawiało się później. Ruch, kolor i pamięć nawarstwiały się na płótnie, przeobrażając się, ale nie tracąc swoich śladów.
Patrząc dziś na Trajektorię Światła, rozpoznaję w obrazie ten sam ruch, którego doświadczałam w swoim życiu.
Światło nie pokazało mi celu. Pokazało mi kierunek.

PRZYJEMNOŚĆ
2006–2025 · Technika mieszana na płótnie · 150 × 110 cm
Przyjemność zaczęła powstawać w 2006 roku jako martwa natura z krzesłem, namalowana na egzamin wstępny do Akademii Sztuk Pięknych.
W tamtym czasie krzesło było po prostu częścią kompozycji. Patrząc na nie prawie dwadzieścia lat później, widzę coś, czego wtedy nie potrafiłam nazwać: miejsce czekające, by je zająć. Być może nawet pytanie – czy jest tu dla mnie miejsce?
Przez dużą część życia nosiłam w sobie poczucie bezdomności. Podróżowałam, zmieniałam miejsca i przekraczałam granice, ale bez prawdziwego połączenia ze sobą rzadko czułam, że naprawdę gdziekolwiek przynależę.
Wiele lat później, po odzyskaniu autonomii i powrocie do oddechu, znalazłam się sama w Zadarze, w Chorwacji.
Siedząc na ławce z widokiem na Adriatyk, weszłam w niezwykle głęboki i trwający stan obecności. Pochłonęły mnie światło, woda, krajobraz i prosty fakt, że tam jestem. Przez chwilę zdawało się, że nie ma żadnego dystansu między mną a otaczającym mnie światem.
I właśnie w obcym kraju, daleko od wszystkiego, co kiedyś kojarzyłam z domem, poczułam się jak w domu.
Coś stało się dla mnie jasne: być może dom nigdy nie był czymś, czego musiałam szukać poza sobą. Moje miejsce nie ograniczało się do krzesła, domu, relacji czy kraju. Kiedy potrafiłam w pełni zamieszkać w sobie, mogłam zamieszkać w świecie.
Kiedy wróciłam do płótna, martwa natura otworzyła się w krajobraz. Ślady krzesła pozostały, ale przestrzeń wokół niego rozszerzyła się w kolor, światło i horyzont.
To, co kiedyś mieściło jedno miejsce do zajęcia, stało się dla mnie obrazem przynależności do czegoś znacznie większego.
Nie musiałam już pytać, czy jest dla mnie miejsce.
Moje miejsce mogło być wszędzie tam, gdzie byłam w pełni obecna.
Dziś mieszkam w St. Pölten – kolejnym miejscu, które wciąż uczę się zamieszkiwać. Obraz również pozostaje otwarty – niesie w sobie to, co było wcześniej, i nadal zmienia się razem ze mną.
Dom nie jest miejscem, do którego docieram.
Dom zaczyna się tam, gdzie potrafię być ze sobą.
Być może dom jest tam, gdzie jest miłość – ale miłość nie jest już dla mnie wyłącznie czymś, co przychodzi od drugiej osoby. Jest także zdolnością do bycia obecną, do przynależenia do samej siebie i – poprzez tę obecność – do przynależenia do świata.
Przyjemność wciąż jest malowana.

WYŁANIANIE SIĘ
2018–2025 · Technika mieszana na płótnie · 100 × 70 cm
Wyłanianie się zaczęło powstawać podczas pleneru malarskiego w Nieszawie w 2018 roku.
W tamtym czasie żyłam w trybie przetrwania. Przeprowadziłam się z partnerem do większego mieszkania, mając nadzieję, że zmiana miejsca w jakiś sposób naprawi to, co już zaczynało się między nami rozpadać. Nie naprawiła.
Po jednej z kłótni wyjechałam na plener, czując się głęboko samotna. A jednak, ku mojemu zaskoczeniu, czułam się tam mniej samotna niż w mieszkaniu, które dzieliliśmy.
Malowałam, ale też piłam zbyt dużo wina, używając go jako sposobu na odłączenie się od bólu, z którym nie potrafiłam jeszcze pozostać. Dawało mi chwilowy dystans, ale ostatecznie wciągało mnie jeszcze głębiej w ciemność, przed którą próbowałam uciec.
Pierwotny obraz niósł w sobie ten stan. Był ciemnym, abstrakcyjnym miejskim pejzażem – wieżowcem z zaledwie kilkoma migoczącymi oknami, obrazem samotności pośród ludzi.
Po latach, mieszkając już w St. Pölten i będąc w innej relacji, wróciłam do tego samego płótna z zupełnie innego miejsca w sobie. Nie próbowałam już znikać w drugiej osobie. Uczyłam się pozostawać przy sobie, będąc jednocześnie z kimś, kogo kocham.
Oddech dał mi również inny sposób spotykania się z trudnymi stanami – nie poprzez opuszczanie siebie, lecz poprzez pozostawanie obecną przy tym, co działo się w moim ciele.
Wprowadziłam światło w ciemność.
Miejski pejzaż stopniowo przeobrażał się w coś bliższego oceanicznemu krajobrazowi wypełnionemu słońcem. Przez obraz zaczęły przebiegać nowe linie, przypominające energetyczne ścieżki – niemal jak ślady neuronalne kształtowane przez świadomy wybór, oddech i inny sposób reagowania na życie.
To, co wcześniej było znieczulane lub odsuwane, mogło teraz zostać poczute, zauważone i stopniowo zintegrowane.
Dla mnie te linie stały się sygnałami docierającymi do głębszych warstw siebie: rozświetlającymi to, co pozostawało nieświadome, i otwierającymi nowe drogi przez to, co kiedyś wydawało się niezmienne.
Ciemność nie została wymazana. Pozostała częścią obrazu.
Ale nie była już jedyną rzeczą, którą można było zobaczyć.
Do tego samego krajobrazu weszło światło.
A wraz z nim zaczął wyłaniać się inny sposób życia.
Oddycham, aby połączyć się z kreacją.
Kreuję, by oddychać.
Reszta wciąż się wyłania.